Born in the 80s

Born in the 80s

Blog o muzyce lat osiemdziesiątych... i nie tylko!

Duran Duran - Is There Something I Should Know?

Is There Something I Should Know? to jeden z ciekawszych utworów new romantic oraz prawdopodobnie najważniejszy utwór w karierze zespołu Duran Duran. Singiel nagrywany był w kluczowym momencie ich rozwoju, gdy ich drugi album pt. Rio bił rekordy popularności w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, a grupa, dzięki barwnym, nowoczesnym jak na owe czasy teledyskom stawała się chcąc-nie chcąc ikoną kultury new romantic.

Duran Duran Is There Something I Should Know okładka singla

Utwór nagrywany był w grudniu 1982 roku po zakończeniu światowej trasy Rio promującej album pod tym samym tytułem. Był zatem skazany na samodzielne wydanie singlowe, co w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych było zresztą powszechną praktyką wśród wielu artystów.
Piosenka utrzymana jest w dość charakterystycznym "skocznym", jednak niebanalnym wydaniu stylu synth-pop. Wszystko w utworze zdaje się kanciaste - od eksperymentów z formą (rozpoczęcie utworu od chórków z refrenu wykonujących z bitelsowską gracją pierwsze słowa refrenu "Please, please tell me now"), przedłużona zwrotka z bridgem przechodzącym w zaskakująco krótki refren, poprzez ciekawe rozwiązania kompozycyjne (wstęp instrumentalny z syntezatorem dublującym gitarę w kwincie, czy ta sama gitara kakofonicznie akompaniująca Simonowi w refrenie) i aranżacyjne (harmonijka ustna w ósemce utworu).

Duran Duran Is There Something I Should Know okładka singla

Nagrany zaledwie kilka miesięcy po Rio utwór różni się o poprzedników pod każdym względem i przypomina bardziej dokonania grupy na kolejnej płycie Seven and the Ragged Tiger, pełnej udziwnień, oryginalnych zabiegów brzmieniowych, których naprawdę trudno dziś słuchać bez zagryzania zębów. Jednak adekwatnie do rozmieszczenia w czasie, Is There Something I Should Know pozostaje zawieszony między nieskazitelnym Rio a przejrzałym Seven... - jest piosenką prezentującą najlepszą formę grupy, do której nie udało jej się już nigdy potem powrócić.


Wydany na 7 i 12-calowych singlach utwór doczekał się wideoklipu spójnego z oprawą graficzną krążka, w którym ubrani w niebieskie koszule z zatkniętymi między guziki krawatami dokonują szeregu pretensjonalnych lip-synków do kamery, obnażając przy tym kiczowatą stronę noworomantycznej mody. Ciekawym motywem jest również pojawiająca się raz po raz czerwona piłka, która doczekała się nawet reinkarnacji w postaci jednego z odcinków kreskówki dla dorosłych pt. The Venture Brothers.
Nie było zaskoczeniem, że utwór utrzymany w stylu, który stanowił najnowszy krzyk mody odniósł sukces i doskoczył do TOP5 w co najmniej 7 krajach. W rodzimej UK, piosenka była ich pierwszym, a jednocześnie jednym z dwóch numerów 1 najlepiej sprzedających się singli. Z kolei wśród fanów stylu dekady utwór pozostaje jednym z rarytasów.

Daryl Hall & John Oates - Biały blues, czarny synth-pop

Duet Daryl Hall i John Oates jest jednym z tych zespołów, o których w Polsce mało kto słyszał, a który w swoim czasie należał do światowej czołówki muzyki pop. W rodzinnym USA pozostają jedną z legend muzyki rozrywkowej a ich twórczość przewija się w kanonie najlepszych amerykańskich tradycji oraz jako inspiracja dla młodszych pokoleń artystów. Grupa działa z przerwami od 1972 roku, ale dopiero na przełomie dekad lat 70-tych i 80-tych odniosła krajowy sukces dzięki serii topowych singli stylistycznie stanowiących mieszankę synth-popu, bluesa, r'n'b i disco.


Za sprawą soulowego Sara Smile oraz Rich Girl, z duetu dwóch zaprzyjaźnionych nastolatków Hall i Oates sukcesywnie zaczęli stawać się marką, która zaskakiwała wszechstronnością i eklektyzmem. Tę ostatnią cechę zawdzięczają m.in. swojemu rodzinnemu miastu Filadelfii, gdzie atmosfera tzw. "melting pot" sprzyjała mieszaniu się stylów muzycznych, a duet dwóch białych wykonujących coś pokroju Motown z elementami country nie dziwił aż tak bardzo, jak w innych miastach Stanów. Dodatkowym atutem chłopaków był ich niewątpliwy talent i pasja w wykonywaniu wszelkiego rodzaju muzyki - zarówno Daryl jak i John przejmowali główny wokal w pisanych przez siebie utworach, wykonywali dużą część partii instrumentalnych i często samodzielnie produkowali swoje piosenki.

Daryl Hall and John Oates - X-Static okładka albumuPierwszym albumem, na którym panowie zaczęli wychodzić poza ramy swoich dotychczasowych osiągnięć był X-Static z 1979. Obok utworów utrzymanych w typowym dla siebie, bluesowym stylu, jak The Woman Comes and Goes czy Wait For Me, rockowych All You Want Is Heaven, Bebop/Drop i Intravino, oraz kawałków czerpiących z disco (Portable Radio oraz Who Said the World Was Fair), pojawiają się pierwsze elementy elektroniki (Running from Paradise oraz Hallofon).
Podobnym torem duet idzie na Voices z 1980 roku, na którym ponownie miesza rocka z popem - w pamięci zapada anthemowy How Does It Feel to Be Back, You've Lost That Lovin' Feelin' (cover hitu Phila Spectora) oraz Everytime You Go Away (scoverowany potem w 1985 roku przez Paula Younga) są w naturalny sposób wkomponowane w dużo nowocześniejsze utwory - You Make My Dreams (US#5) czy Kiss on My List (US#1), które stały się szybko hitami. To właśnie w tym ostatnim pojawia się elektroniczna perkusja, a uwagę przykuwa wysoki wokal Daryla Halla.
Daryl Hall and John Oates - Voices okładka albumuTak jak muzyka duetu rozwijała się powoli, do wzrostu jego popularności przyczynił się intrygujący i dość szybko zmieniający się image. Obok serii zaskakujących uczesań, ubiorów, które przywdziewali na swoje występy telewizyjne i koncerty, najważniejszym elementem ich promocji okazały się teledyski. Te, pokazywane masowo w MTV, szybko uczyniły ich telewizyjnymi gwiazdami pop, a popularność poszybowała do góry równie szybko, co w owym czasie Duran Duran w Wielkiej Brytanii.

Daryl Hall and John Oates - Private Eyes okładka albumuKolejnym krokiem w stronę stylistycznej nowoczesności jest album Private Eyes (1981). Choć utwór tytułowy stanowiący kolejny wielki hit duetu (US#1) jest bliźniaczo podobny do Kiss on My List, to zdecydowana większość kawałków na płycie skłania się w kierunku tanecznego rocka i coraz mniej przypomina o bluesowych korzeniach zespołu. I Can't Go for That (No Can Do) (US#1) to nowoczesny kawałek w stylu elektronicznego r'n'b, który bardziej utożsamialibyśmy z czarnymi wykonawcami tamtych lat, a Did It in a Minute (US#9) wypełnia elektroniczne pianino zapowiadające syntezatorowe riffy typowe dla połowy zaczynającej się wtedy dekady.


Daryl Hall and John Oates - Maneater okładka singlaH2O z 1982 roku powstał na fali sukcesu wszystkich poprzednich albumów i uznać go można za najbardziej przełomowy w dyskografii Halla i Oatesa. Maneater (US#1, UK#6) otwierający płytę to ponadczasowa wizytówka duetu, którą chętnie gra się, coveruje i remiksuje do dzisiaj. Piosenka zasługuje nie tylko na wyróżnienie ze względu na chwytliwy refren, jak zawsze, rewelacyjne warunki wokalne Daryla, ale też formę, która pozwala utworowi w wyważony sposób rozwijać się poprzez solówkę saksofonową aż do punktu kulminacyjnego. Interesujące urozmaicenie stanowi Family Man - cover singla Mike'a Oldfielda, który w porównaniu z dość miernym rezultatem oryginału (UK#45) osiągnął nie tylko dość zaskakującą 6 pozycję w USA, ale też 15 w jego własnym kraju. Oprócz Maneater oraz Family Man, sporą część materiału muzycznego z H2O to idealnie nadające się na podryw pościelówki oparte na zmysłowym wokalu Daryla - np. One on One czy Open All Night.
Daryl Hall and John Oates - H2O okładka albumuDobrą passę Halla i Oates kończy następny album - Big Bam Boom (1984). Najbardziej elektroniczny w dyskografii duetu krążek zaowocował kolejnym globalnym hitem - Out of Touch (US#1), ale też innymi ciekawymi eksperymentami muzycznymi: wyraźny jest udział mocnych elektronicznych bębnów (Method of Modern Love; US#5), samplingu (Dance on Your Knees oraz Going Thru The Motions) oraz bardzo różnorodne aranżacje syntezatorowe (Cold Dark and Yesterday).  
Wydany po przerwie Ooh Yeah! ostatni album Halla i Oatesa zrealizowany w latach osiemdziesiątych okazał się też ostatnim, który odniósł sukces. Kontynuował on szalony styl poprzednika i pomimo nie najgorszych wyników singla Everything You Heart Desires, nie zdołał zainteresować muzyką duetu nowych pokoleń fanów.

Daryl Hall and John Oates - Big Bam Boom okładka albumuPomimo częściowego odejścia w niepamięć, Daryl Hall i John Oates zapisali się w historii muzyki jako jeden z najbardziej udanych duetów popowych, tworzącym piosenki w bardzo różnorodnej stylistyce, która na bieżąco odzwierciedlała, a niejednokrotnie ustanawiała trendy panujące w popie. Stali się też pierwowzorem dla białych wykonawców czerpiących garściami z gatunków dotychczas zarezerwowanych dla czarnych wykonawców. Umiejętnie przełamali też stereotyp białych rednecków słuchających w kółko country i Elvisa Presleya. Byli amerykańską, ugrzecznioną wprawdzie, ale nowoczesną odpowiedzią na noworomantyczne tendencje władające europejskim popem od początku lat osiemdziesiątych.


Daryl Hall and John Oates - Ooh Yeah! okładka albumuJednak w przeciwieństwie do sceny brytyjskiej, zamiast rewolucjonizować rodzimy pop, Hall i Oates stylistycznie ewoluowali, umiejętnie wybierając z muzycznego kontekstu to, co najciekawsze i tworząc inspirację dla setek przyszłych wykonawców. Z perspektywy czasu cytowani są jako inspiracja dla wielu wykonawców, jak choćby kanadyjski duet Chromeo czy Brandon Flowers (z The Killers). W przypomnieniu oraz odświeżeniu ich muzycznego dziedzictwa pomógł nowatorski pomysł realizacji serii internetowej zatytułowanej Live from Daryl's House. W realizowanych od 2007 roku klipach wideo Hall zapraszał do wspólnych sesji nagraniowych i jamowych szeroką gamę amerykańskich muzyków zarówno starszego jak i młodszego pokolenia.
Talent Halla i Oatesa docenili nie tylko słuchacze, którzy do dziś zakupili 40 milionów ich płyt, ale też środowisko muzyczne - duet znalazł się w Rock and Roll Hall of Fame (2014) oraz został wyróżniony na listach najlepszych wykonawców wszech czasów - jak choćby na tej sporządzonej przez Billboard (15 lokata) oraz przez stację VH1. Wobec tego jak wielki sukces odnieśli 30 lat temu oraz faktu, że w wielu krajach, w tym w Polsce praktycznie nikt o nich nie pamięta warto zaglądnąć do ich bogatego katalogu muzycznego.

Madonna - Lucky Star

Madonna - Lucky Star okładka singla

W połowie lat osiemdziesiątych Madonna stała się gwiazdą, a w następnych dekadach okrzyknięta została królową popu. Ale zanim świat usłyszał o amerykańskiej piosenkarce wykonującej kawałki o dziewictwie i jednocześnie ganiającej w skąpych ciuchach po estradzie, debiutowała ona w 1982 roku w dość grzecznym, jak na swoje standardy, wydaniu.

Jej pierwszy album zatytułowany po prostu Madonna był rezultatem podpisania kontraktu płytowego z wytwórnią Sire. Jak to bywa w przypadku początkujących wykonawców, muzyczny efekt końcowy nie brzmiał jednak wcale tak, jak artystka sobie tego życzyła. Producent płyty, Reggie Lucas stawiał na brzmienia instrumentów, mniej zaś na, ograniczone wtedy, umiejętności wokalne Madonny. W wyniku nieporozumień odstąpił on od projektu, do którego dokończenia zaangażowano inne osoby. Ostatecznie poprawieniem niemal gotowej płyty, polegającym na "ociepleniu" klimatu zajął się niejaki John Benitez, jednocześnie chłopak piosenkarki. Rezultat tej mieszanki świetnie odzwierciedla największy przebój z albumu zatytułowany Lucky Star.


Utwór utrzymany jest w stylu tanecznego synth-popu z dodatkiem funku. Efekt elastyczności typowej dla inspirowanej "czarną muzyką" piosenki jest osiągnięty przez kontrastowe zestawienie instrumentów. Z jednej strony słyszymy kanciaste arpeggio syntezatora, skaczący, płaski elektroniczny bas, zsamplowane klaskanie we wstępie oraz cykliczne "spięcia" (np. 0:15) przypominające efekty dźwiękowe z gier na flipperach, będące zasługą pierwszego producenta, z drugiej - funkowa gitara rytmiczna Beniteza, która kompozycji dodaje animuszu.

Śmiała, jak na ówczesne standardy, piosenka nie tylko rozpoczęła debiutancką płytę Madonny, ale w istocie otworzyła jej drogę do kariery. Choć była dopiero czwartym singlem w kolejności, to stała się pierwszym komercyjnym hitem początkującej piosenkarki w jej własnym kraju (4. miejsce na Billboardzie) po tym jak poprzedzający ją Holiday spodobał się w zasadzie wszędzie oprócz USA.

Lucky Star okazała się "szczęśliwą gwiazdą" Madonny - pomimo obaw i niezadowolenia z efektu sesji nagraniowych, które nie odzwierciedlały aspiracji wokalistki, zarówno singiel jak i album (który według jej własnych planów także zresztą miał nosić imię szczęśliwej piosenki) okazały się niespodziewanym sukcesem.

 

Depeche Mode - Just Can't Get Enough

Depeche Mode - Just Can't Get Enough okładka singla

Większości z nas zespół Depeche Mode kojarzy się z post-rockowym brzmieniem przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, kiedy to grupa odnosiła w zasadzie sukces za sukcesem - począwszy od płyty Music for the Masses, poprzez bestsellerowy, mroczny Violator aż po inspirujący Songs of Faith and Devotion. Ale mało kto pamięta, że depesze zaczynali od czegoś zupełnie innego: w 1980 roku czwórka nastolatków pod wodzą Vince'a Clarke'a stworzyła formację Composition of Sound, przemianowaną następnie na Depeche Mode, którego domeną był wtedy eksperymentalny (jak na owe czasy) synth-pop. To właśnie w tym stylu utrzymany był singiel, który zaważył o ich przyszłym sukcesie - Just Can't Get Enough.


Tak jak większość utworów na debiutanckiej płycie zespołu, piosenka została napisana przez jego założyciela Vince'a Clarke'a. To właśnie jego autorstwo sprawia, że bardziej utożsamia się ją z późniejszymi dokonaniami jego życiowego projektu, tj. duetu Erasure, a nie z depresyjno-melancholijnymi płytami w całości pisanymi przez Martina L. Gore'a, które są domeną DM. Ale Just Can't Get Enough to, bez względu na to, czy zagorzałym fanom zespołu się to podoba, czy nie, pełnoprawny utwór Depeche Mode. Zaśpiewany przez młodziutkiego Dave'a Gahana przebój był motorem grupy w pierwszych miesiącach ich popularności.

Piosenka została nagrana latem 1981 roku i wydana jako singiel z towarzyszącym mu klipem wideo we wrześniu. Szybko stała się hitem w Wielkiej Brytanii i powędrowała na ósme miejsce brytyjskich list przebojów. I choć taki wynik nie robi z perspektywie czasu dużego wrażenia, to należy pamiętać, że osiągnęła go czwórka nastolatków z podlondyńskiego przemysłowego miasteczka Basildon, którzy swoje muzykowanie na poważnie traktowali dopiero od niespełna roku. Nawet na tym etapie nie mieli pojęcia większego pojęcia ani o sprzęcie, który wykorzystywali, ani, głównie w przypadku Andy'ego Fletchera, o graniu na klawiaturze.


Kwintesencją ich młodzieńczej naiwności, naturalności i w pewnym stopniu nawet uroku, był frontman grupy, wokalista Dave Gahan. Na ich występie w będącym dziś legendą Top of The Pops - cosobotnim programie telewizyjnym skupiającym wtedy miliony Brytyjczyków przed telewizorami był ujmujący i szczery, a grupa została zapamiętana od, co prawda nieco popowej, ale pozytywnej strony.

Jak już wspomniałem, piosenka tak bardzo różni się od reszty repertuaru, z którego dziś znany jest zespół, że niektórym trudno uwierzyć, że była ich oryginalnym tworem i jednocześnie przebojowym debiutem. Mało tego, po dziś dzień Just Can't Get Enough jest względnie stałym, często ostatnim punktem programu ich występów, co w kontekście reszty utworów czyni go dość groteskową niespodzianką wieńczącą setlistę złożoną z takich gigantów jak Personl Jesus, Walking in my Shoes czy Enjoy the Silence.

Oprócz chwytliwego riffu klawiszowego utwór posiada prostą konstrukcję, która stanowi podstawę sekretu jego sukcesu - jest w zasadzie w całości oparty na dialogu Gahana z chórkiem entuzjastycznie powtarzającym słowa "I Just Can't Get Enough". Zabieg to banalny, ale jak widać działa do dziś, bo utwór, obok takich legend jak We Are The Champions Queen jest jedną z częściej nuconych (a raczej "krzyczanych") przez tłumy melodii na różnego rodzaju wydarzeniach sportowych. Począwszy od meczów drużyny Celtic po występy klubów Burnley, Bolton Wanderers oraz Liverpool. Nic zresztą w tym dziwnego - zarówno dynamiczny rytm jak i mobilizująca treść (ang. "nie mam dosyć") świetnie pasują do tego kontekstu.

Wracając do samego Depeche Mode, piosenka odegrała główną rolę w ich przyszłej karierze. I choć do sukcesu prowadziła długa, niemal dziesięcioletnia droga, to właśnie na dłuższą metę głupawa, niepozorna 4-minutówka z czasów narodzin synth-popu była początkiem ich kariery.

Bajm - Martwa woda

Bajm - Martwa woda okładka albumu

Bajm to obok Budki Suflera jeden z najdłużej działających w Polsce zespołów. Grupa, której nazwa to inicjały imion jej czterech początkowych członków, tak naprawdę po raz pierwszy zaistniała w 1978 roku, kiedy to zdobyła nagrodę w konkursie Debiuty na festiwalu w Opolu. Podwójny bis piosenki Piechotą do lata był jednak zapowiedzią spektakularnego, ale krótkotrwałego sukcesu - na status jednego z najważniejszych polskich wykonawców przyszło Bajmowi pracować wiele lat.


Wydany w 1983 roku debiutancki LP Bajm względu na dość chaotyczny repertuar przypominał bardziej składankę niż studyjny album zespołu. Wypełniły go nowe przeboje - energiczny Nie ma wody na pustyni i dramatyczny Co mi Panie dasz, ale także szeroki repertuar utworów zakrawających na pastisze gatunkowe, jak katastrofalny Józek, nie daruję ci tej nocy czy osobliwy W drodze do jej serca, których dziś słucha się z półuśmiechem na twarzy. Dziwaczność Bajmu miała jednak swoje intrygujące odsłony, co usłyszeć można było w singlu z debiutanckiego LP pod tytułem Różowa kula, utworze wokalnie drapieżnym (okrzyki Beaty w wysokich rejestrach), tekstowo tajemniczym, a nastrojowo - magicznym. Właśnie tą drogą grupa poszła tworząc swoją drugą w ogóle, ale pierwszą spójną płytę długogrającą w swojej karierze.

Tak jak na Bajm złożyło się doświadczenie szybkich przemian mód i nastrojów w ciągu kilku lat, tak Martwą wodę Kozidrakowie napisali i nagrywali w roku 1984, w nieciekawych dla Polski czasach. Dość powiedzieć, że większość tekstów na płycie wprawia w posępny nastrój, a ich tematyka jest raczej oczywista. Otwierające płytę W klatce lwa zapowiada treść płyty w metaforyczny acz dosadny sposób już w pierwszej zwrotce:
Jesteśmy w klatce lwa
Pijemy gorycz, aż do dna
Co będzie z nami myśleć strach
Setki żelaznych tarcz
Krew w nas gotuje się jak barszcz
I nie pomaga bat tresera

Wrażenie osaczenia i zniechęcenia połączone z paranoją przedstawia Ściany mają uszy, uszy znakomite, który opisuje panujący w totalitarnej codzienności niepokój społeczny:
Nie przeklinaj losu
Świat jest urządzony tak
By obserwować Cię
Z każdej jego strony

Z kolei próby psychologicznego skonfrontowania się z rzeczywistością nakreśla Moja wina, wielka wina. Jednak to utwór tytułowy z płyty w najbardziej jaskrawy sposób oddaje wrażenie beznadziei. Rozmyta gitara symbolizująca "martwą wodę", w jakiej tonęła Polska a podejrzanie spokojny wokal Beaty to tylko wstęp do dramatycznego refrenu, który oddaje całość beznadziei, jaką zespół musiał wtedy odczuwać:
Ratuj mnie
Jestem, jestem, jestem już na dnie
Ratuj mnie
Bo tonę, tonę w martwej wodzie
Codziennych naszych spraw

Najbardziej charakterystycznym utworem z płyty był z pewnością Piramidy na niby, który grupa wykonała zresztą na festiwalu Opole 1984. Piosenka dziwaczna i powtarzalna, ale w swojej osobliwości świetnie obalająca mit komunistycznej walki o dobrobyt, której rezultaty porównali w niej do budowy egipskich piramid, i bezsensie zbudowanych na społeczeństwie niewolniczym starożytnych kultów. Charakterystyczne jest celowe zaburzenie rytmu, co słuchać w nieregularnym, zmieniającym się metrum zwrotki, dające wrażenie muzycznej "diagonalności" budowanych na fałszu piramid.

Bajm - Martwa woda okładka albumu

Poza wspomnianymi wyżej tekstami, które można równie dobrze interpretować bardziej personalnie, nie brakuje utworów bardzo intymnych. Będąca zdecydowanie najmocniejszą pozycją na krążku Małpa i ja to idealnie odzwierciedlone, muzyczno-tekstowe wyobrażenie tego, co dzieje się w umyśle osowiałym, melancholijnym, będącym w stanie głębokiej depresji a nawet szaleństwa.


Napięcie w piosence zbudowane jest idealnie - początkowo neutralna zwrotka przechodząca w refren to zapowiedź narastającego przejścia gitarowego, przywodzącego skojarzenie z potęgującym się załamaniem nerwowym. Po tym dość długim i dramatycznym bridge'u a także pełnym rozpaczy refrenie, powraca zwrotka. Tym razem jednak śpiewana jest ona przez dwa wokale jednocześnie - pierwszy to ten spokojny, otępiały, który znamy już ze zwrotki pierwszej, a drugi stanowi odzwierciedlenie katastrofalnego stanu psychicznego osoby. Ale piosenka poza głębokim tekstem sprawdza się także jako przemyślany, bezbłędnie zaaranżowany oraz wykonany utwór rockowy, któremu nie można odmówić ani muzycznego "kopa", ani autentyczności.

Bajm - Martwa woda okładka albumu

Płyta pomimo swojego potencjału nie spotkała się z większym zainteresowaniem mediów. W czasach, kiedy sporo utworów opisywało trudy codzienności, album tego typu - wycofany, drapieżny, ale pozbawiony anthemów pokroju Przeżyj to sam Lombardu w zasadzie przeminął bez wieści. Grupa ogrywała płytę (między innymi na tournée po Wietnamie), jednak nie pozwoliło jej to na znalezienie się w prasie muzycznej na przestrzeni całego roku.
Artystycznie Martwa Woda to jednak prawdopodobnie najbardziej interesująca pozycja w dyskografii Bajmu - album stojący pośrodku rockowego tryptyku (który wieńczył LP Chroń Mnie z 1986 roku) jest najbardziej spójnym muzycznym obrazem grupy, którą do tej pory, zresztą tak jak wielu polskich wykonawców, charakteryzował stylistyczny nieład. Kolejne dokonania zespołu zostały znacznie lepiej przyjęte, choć zawdzięczać to może raczej sukcesom pojedynczych, skądinąd udanych piosenek.


Obecnie Bajmowi miejscami daleko do rockowych brzmień sprzed ponad trzydziestu lat. Polakom zdecydowanie częściej kojarzy się on z balladami i ckliwymi przebojami z lat dziewięćdziesiątych, kiedy to obalenie komunizmu tchnęło w grupę, tak jak i w większość polskich wykonawców, którzy przetrwali transformację, nowe życie. Nic dziwnego, że dziś lepiej pamiętamy niosącą nadzieję Białą armię czy nawet melodramatyczne Dwa serca, dwa smutki, a nie pozostające w jego cieniu rockowo-depresyjne utwory typu Martwa woda albo Małpa i ja. Jednak pomimo upływu czasu i zdecydowanej zmiany stylistycznej, płyta jest nadal żywa i wyrazista a także warta przypomnienia.

Kombi - Nowy Album

Kombi - Nowy Album okładka albumu

Na taki powrót marka Kombi czekała długo. I choć zarówno panowie Grzegorz Skawiński i Waldemar Tkaczyk (czyli działające od 2001 roku KOMBII), jak i występujący pod swoim nazwiskiem Sławomir Łosowski dostarczali swoim fanom muzyki, która nawiązywała do oryginalnych dokonań i stylu grupy popularnej w Polsce szczególnie w latach osiemdziesiątych, to dopiero wydany w styczniu Nowy Album, pierwsze wydawnictwo spod szyldu Kombi od 25 lat można postrzegać jako prawowitego spadkobiercę tradycji legendarnej grupy.
Początkowo kompozycje rodzącego się po rozpadzie O.N.A. KOMBII, projektu bazującego na wokalu Skawińskiego oraz jego dawnych kompozycjach z Kombi można było uznać za przyzwoitego kontynuatora dorobku grupy. Jednak z czasem poziom nowo pisanych piosenek wyraźnie spadał, a wyłączony udział w tym projekcie lider i założyciel pierwszego zespołu stopniowo zaczął odzyskiwać siły i zwiększał swoją aktywność. Wydany pod szyldem Łosowski album Zaczarowane Miasto z 2009 roku, podwójny album składający się z materiału premierowego oraz nowych wersji znanych piosenek przeminął w zasadzie bez echa, choć wiernym fanom zespołu przypadły do gustu zarówno nowe kompozycje jak i wokal występującego na żywo z Łosowskim od 2005 roku Zbyszka Fila.



Nowy Album nawiązuje do najlepszych czasów Kombi, co jest ewidentne, począwszy od tytułu i okładki (łudząco przypominających te z bestsellerowego Nowego Rozdziału z 1984 roku, którego recenzję możecie przeczytać tutaj), a skończywszy na ulubionych brzmieniach i samplach, których Łosowski często wtedy używał, a do których postanowił tu powrócić.
Rozpoczynający album Na dobre dni, który zapowiadał płytę już od kilku miesięcy to spektakularny wstęp do mnóstwa interesujących utworów, takich jak na przykład Niech noc połączy, którego trójkowy rytm i stopniowo budowane harmonie wokalu kultywują tradycję albumu 4 (recenzja dostępna tutaj).
Istotną zmianą w porównaniu z dawnym składem jest eliminacja pierwiastka rockowego, za który kiedyś odpowiadali Skawiński i Tkaczyk - gitary, zarówno prowadząca jak i basowa, pojawiają się sporadycznie. Z kolei na pierwszy plan wyciągnięty zostaje ekspresyjny, bardzo przyjemny w słuchaniu, a przy tym sprawny technicznie wokal Fila. Jego walory usłyszeć można choćby w urzekającej Gwinei.


Wśród utworów nie brakuje piosenek chwytliwych, takich jak Na dobre dni czy Siedem piekieł bezpośrednio imitujących gatunek synth-pop lat osiemdziesiątych lub wręcz w nim utrzymanych. Często jedyną różnicą jest tu oczywiście postęp techniczny w porównaniu z jakością i metodami nagrań, które zmieniły się diametralnie w ciągu trzydziestu lat. Co jednak istotne, większość partii wykonywana jest na oryginalnych bądź opartych na nich syntezatorach, które Łosowski użytkuje już od ponad 30 lat. Tak więc oprócz "digitalizacji" niektórych swoich aspektów, styl Kombi to nadal synth-pop w pełnym tego słowa znaczeniu.
Nowa muzyka Kombi zyskuje na tempie - sporo jest piosenek rytmicznych, nawet tanecznych, w których dominują przetworzenia wokalu i rytmiczne syntezatory (przypominające aranżacją Erasure Niedopowiedzenia). Ale nie wszystkie utwory na płycie są piosenkami - wieńczący ją instrumentalny Słoneczny dzień to pełne wyrazu nawiązanie do jednego z pierwszych hitów grupy - Tańca w słońcu.
Nowa płyta to krok naprzód - choć faktycznie nagrywana i wykonywana na koncertach przez skład spod szyldu Łosowski (a więc przez lidera oraz wokalistę Zbigniewa Fila, perkusistę Tomasza Łosowskiego i basistę Karola Kozłowskiego), to zmiana nazwy nie jest jedynie kwestią kosmetyki. Świętujący w tym roku jubileusz 40-lecia zespół o tradycjach sięgających lat sześćdziesiątych może się pochwalić udanym powrotem, w którym sentymentalnie nawiązuje do lat świetności. I choć próżno doszukiwać się czegoś oszałamiającego na płycie, która skierowana jest głównie do dawnych fanów grupy-legendy, z pewnością ich nie zawiedzie. Kombi udowadnia, że jego styl nie umarł i broni się mimo upływu czasu.

Budka Suflera - Czas czekania, czas olśnienia (LP)

Budka Suflera - Czas czekania, czas olśnienia okładka albumu

Historia Budki Suflera swoją zawiłością dorównuje klasykom brazylijskiej telenoweli. Ale to właśnie poprzez umiejętne zmiany personalne w sytuacjach tego wymagających, zespół pozostawał na topie tak długo, czy raczej, powracał na niego tak często. Pierwsza połowa lat osiemdziesiątych, choć nie pozbawiona sukcesów, upłynęła grupie pod znakiem zmian, nie zawsze oczekiwanych. W 1980 roku współpracę z Anną Jantar przerwała jej nagła śmierć, nagrany dla Izabeli Trojanowskiej debiutancki album IZA (1981) okazał się ich pierwszym i ostatnim wspólnym projektem, a w 1982 śpiewający z zespołem zaledwie od 4 lat Romuald Czystaw zmuszony był ustąpić z funkcji wokalisty z powodu problemów z głosem.


Jednocześnie Budka podjęła decyzję o wydaniu albumu kompilacyjnego, który zawierałby ulepszone technicznie wersje znanych przebojów grupy oraz dwa nowe nagrania zrealizowane z Felicjanem Andrzejczakiem, jej nowo wybranym wokalistą. Sięgnięcie do starego repertuaru skłoniło ich, zgodnie z zasadą, której trzymali się do końca kariery, aby do ich odtworzenia zaprosić oryginalnego wokalistę - Krzysztofa Cugowskiego.
Jednocześnie przyjęty na miejsce Czystawa Andrzejczak w swojej roli sprawdzał się tylko częściowo - jego głos w Jolka Jolka, Czas Ołowiu i Noc Komety stanowił ciekawy dodatek do ugruntowanego brzmienia zespołu, ale udział wokalisty okazał się epizodyczny. Dość przypadkowo zaważył o tym właśnie powrót do starych nagrań - obecność Cugowskiego na sesjach do 1974-1984 sprawiła, że zdecydowano się na ponowne podjęcie z nim współpracy. Ostatecznie zapowiadany kolejny, tym razem studyjny album, nagrany najpierw z Andrzejczakiem wylądował na półce, a materiał zaśpiewał Cugowski.


Wydany pod koniec 1984 roku album Czas czekania, czas olśnienia był zwrotem w nowym kierunku muzycznym. Zespół wykonujący dotychczas post-rockandrollowy rock ukuty w kompozycje pachnące Led Zeppelinem i rokujący bardziej jako weteran estrady, porzucił starą modę i zaprezentował się od zupełnie innej strony. Na swoim szóstym albumie studyjnym Budka nie tylko pokusiła się o nowoczesne aranżacje, ale też wykorzystała typowy dla siebie skład instrumentalny do stworzenia nowych brzmień.
Pierwszą stronę płyty rozpoczyna dość konserwatywny instrumentalnie, niemal kameralny, ale za to chwytliwy Cały mój zgiełk, singiel wiodący, który na  Liście Przebojów Trójki dobił do nieprzypadkowego pierwszego miejsca. Piosenka stała się przebojem, co pozwoliło jej znaleźć się w Telewizyjnej Liście Przebojów oraz być zaprezentowaną na festiwalu Opole 1985.


Znaczącą część pierwszej strony albumu zajmuje monumentalny utwór tytułowy, w którym Cugowski zaskakuje ogromem możliwości głosowych, pozwalających na stałe budowanie napięcia przez 10 minut jego trwania. Jednocześnie Tomasz Zeliszewski (perkusja) jak zwykle sprawdza się w roli bezbłędnego tekściarza, a Romuald Lipko - świetnego kompozytora i wszechstronnego aranżera, nie bojącego się postawić wszystkiego na abstrakcyjną elektronikę. Kolejnych mocnych pozycji na płycie nie brakuje - dość wspomnieć reggae'owe Zmiany w organizmie, Wyspy bez nazw czy nawet pseudo-synth-popowy Dobrej zabawy nigdy dość, w którym Lipce zarzucano nawet zabawę w Kombi.


Ale ani Budce Suflera, ani jej głównemu motorowi twórczemu naśladowanie kogokolwiek nie było do niczego potrzebne. Po 10 latach budowania renomy grupa miała na koncie kilka udanych płyt, na których prezentowała różne style, od hard rocka po soul, a także zdołała wypromować dwie wokalistki polskiej sceny - Izabelę Trojanowską i Urszulę przy pomocy bezkonkurencyjnego, świeżego repertuaru. Lipko wielokrotnie wyłaniany był w plebiscytach na najlepszego kompozytora muzyki rozrywkowej w kraju, a Budka - wybierana na najlepszy polski zespół. I choć czasy były dla takich artystów dość łatwe (z powodu niewielkiej konkurencji, którą ograniczała kontrola młodych wykonawców i praktyczne zamknięcie możliwości swobodnego odwiedzania Polski przez artystów zagranicznych), to trzeba przyznać, że nakłady płyt zespołu robiły wrażenie: zarówno pół-kompilacyjny 1974-1984 jak i nowoczesny Czas czekania, czas olśnienia były jednymi z najpopularniejszych płyt roku 1984. Sprzedały się one odpowiednio w 220 i 110 tysiącach egzemplarzy, co umieściło Budkę w ścisłej czołówce.
Czas czekania, czas olśnienia tchnął silny wiatr w skrzydła okrętu Budka Suflera, którym do tej pory powodowały boczne podmuchy w postaci licznych zmian w składzie oraz projekty dodatkowe realizowane niejako bardziej akonto promowanych wokalistek, a mniej służące popularności grupy. Po dekadzie działalności dyskografia zespołu została poszerzona o jedną z ich najlepszych płyt, co pomogło im także zyskać kolejne rzesze nieco młodszych fanów. Jednocześnie Cugowski potwierdził, że z jego charakterystycznym, krzykliwym wokalem Budka Suflera będzie działać jeszcze długie lata.

Budka Suflera - Czas czekania, czas olśnienia okładka albumu

Prawa autorskie

Tekst: Wojciech Szczerek

Licencja Creative Commons

BornInThe80s
by Wojciech Szczerek is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe License.

Licencja obejmuje wszystkie artykuły oraz tłumaczenia tekstów piosenek z wyjątkiem oryginalnych tekstów piosenek.

Wszystkie zdjęcia okładek oraz teksty piosenek są dziełem oryginalnych twórców i podlegają prawu autorskiemu.